W poszukiwaniu teorii średniego zasięgu. O „Krytyce Politycznej” na dziesięciolecie.

Jakub Szafrański/Wikipedia.org (CC 3.0)
Żadne ze środowisk intelektualnych tak kapitalnie nie spełniło oczekiwań (albo wręcz wielokrotnie je przewyższyło), jak „Krytyka Polityczna”. Żadne też tak bardzo nie zawiodło pokładanych w nim nadziei.

Ferment wydawniczy

Skoro to urodziny, zacznijmy od sukcesów. Największym z nich jest moim zdaniem prężne wydawnictwo, które wielokrotnie wywołało ferment w nieco zatęchłym polskim świecie intelektualnym: Badiou, Berman, Frank, Latour, Leggewie, Kepel, Rancière, Spivak, Vattimo, Snyder, Welzer, Walzer, Žižek – wszystko to są nazwiska ze światowej czołówki intelektualnej, które u nas były słabo znane, jest więc wielkim osiągnięciem „Krytyki” wprowadzenie ich do obiegu. Podobnie ważnym osiągnięciem jest próba ożywienia tradycji polskiej inteligencji poprzez publikowanie książek jej filarów z różnych epok: Stanisława Brzozowskiego i jego interpretatora Andrzeja Mencwela, Jacka Kuronia i jego towarzysza broni Jana Józefa Lipskiego. A to zaledwie niewielka część publikacji – mamy jeszcze dużo o sztuce krytycznej, sporo świeżej literatury pięknej, liczne pozycje publicystyczne. Jednym słowem, nikt w ostatnich kilku latach w sferze wydawniczej nie osiągnął tak wiele, co „Krytyka”.



Trochę inaczej wygląda bilans samego pisma: na początku był ciekawy kwartalnik młodych akademików bez jasno sprecyzowanego profilu politycznego, potem awangardowe pismo lewicowe, by wreszcie dotrzeć do punktu, w którym stało się ono dodatkiem do środowiska, a nie jego ośrodkiem. O ile rozmawia się dziś o książkach wydanych przez „Krytykę”, to pismo stanowi miejsce martwe.


Bez teorii średniego zasięgu

Inne były założenia Sławomira Sierakowskiego z tekstu, którym otwierał pierwszy numer pisma z roku 2002. Pisał tam, że „[w] zdrowej sferze publicznej musi istnieć ogniwo, które odpowiada za aplikację idei do konkretnej rzeczywistości – za przekop filozoficznej surówki w praktyczne polityczne narzędzia (wizje, programy, interpretacje). Jest nim właśnie krytyka polityczna.” Otóż, to jest właśnie największa porażka środowiska obchodzącego swój jubileusz. „Krytyka” nie stała się rezerwuarem politycznych idei, wizji, programu, teorii średniego zasięgu. Choć udało jej się zainteresować myślą polityczną wielu ludzi, udało im się czasem rozgrzewać polityczny spór, to nie ma mowy o „aplikacji idei do konkretnej rzeczywistości”. Mamy raczej filozofię polityczną, od której dystansował się w tekście programowym Sierakowski – ważną, potrzebną i stanowiącą wystarczający powód do pochwały istnienia „Krytyki”, ale nie mamy przełożenia na polityczny konkret. A zobrazowaniem tej tezy jest stan polskiej lewicy w 10 lat po utworzenia pisma: choć mamy dwie partie określające się jako lewicowe, nie są one w stanie przekonać do siebie większej grupy wyborców niż 15%, a przede wszystkim nie potrafią sformułować programu o horyzoncie dłuższym niż kolejne wybory (nawet zresztą krótkoterminowe pomysły są zazwyczaj intelektualnie koślawe).

Sformułowana wyżej sugestia nie może jednak zostać pozostawiona bez komentarza. Istniało środowisko polityczne, które mocno zaangażowało się politycznie i nic dobrego z tego zaangażowania nie wynikło – to grupa skupiona wokół „Teologii Politycznej” - Dariusza Karłowicza, Dariusza Gawina i Marka Cichockiego. Choć znajdowali się oni blisko ośrodków władzy w okresie PiS-u, nie byli w stanie nadać ówczesnej polityce charakteru, pozostawiając u swoich sympatyków poczucie niedosytu. Ewentualne zaangażowanie „Krytyki” po stronie SLD lub Ruchu Palikota też oczywiście byłoby kłopotliwe – jest wysoce prawdopodobne, że liderzy obu ugrupowań nie umieliby wykorzystać zdolności ludzi „Krytyki”.

Ciekawą szansą na „średni zasięg” było zaangażowanie „Krytyki” w „Białe miasteczko” w roku 2007 - strajk pielęgniarek przed Kancelarią Premiera za czasów Jarosława Kaczyńskiego. Zaangażowanie to wyglądało na autentyczne z obu stron. Poza pozytywnymi emocjami, nie udało się jednak „Krytyce” sformułować pomysłu na służbę zdrowia, który miałby jakiekolwiek znaczenie w debacie publicznej. A pomysłów średniego zasięgu potrzeba nam tak samo, jak wtedy, kiedy „Krytyka” zaczynała. Nie mamy przemyślanej polskiej polityki europejskiej, nie ma pomysłu na reformę naszej nauki i szkolnictwa wyższego (a na propozycję Barbary Kudryckiej nie było całościowej programowej odpowiedzi), brakuje długofalowego pomysłu na politykę energetyczną i ochronę środowiska, wreszcie za mało dyskutowany jest polski model gospodarczy – choć tu akurat „Krytyka” dość skutecznie pobudziła pozytywne wartościowanie znaczenia państwa, które po okresie komunizmu stało się dla dużej części społeczeństwa złem koniecznym.

Od „Kultury” do „Krytyki”

Nie spełniło się także inne założenie Sierakowskiego: „Inteligencki dialog przestał istnieć, wobec czego zniknął również ten rodzaj politycznego pisarstwa, który został tu opisany pod szyldem krytyki politycznej. Pismo, którego pierwszy numer trzymacie Państwo w ręku chce go przywrócić.” Dalej Sierakowski odwołuje się do tradycji paryskiej „Kultury”, w której jedynym motywem publikacji był – jego zdaniem – poziom nadsyłanych tekstów, a nie ich ideologiczna proweniencja. Choć jakość tekstów publikowanych w „Krytyce” jest zazwyczaj wysoka, to nikt chyba nie podpisałby się pod tezą, że to pismo w równym stopniu umożliwiające dialog różnym stronom politycznego konfliktu. Jest bowiem jasne, że ma ono charakter lewicowy, na prawicę i centrum miejsca jest znacznie mniej. Ten wybór, który dokonywał się stopniowo w kolejnych numerach pisma uważam za racjonalny – to głos lewicy był najsłabiej słyszalny w polskiej sferze publicznej i dobrze, że dzięki „Krytyce” to się bardzo zmieniło.

Ciekawa ewolucja zachodzi także w linii pisma (a przede wszystkim jego szefa) w odniesieniu do religii. Choć już wcześniej w religii nie widział wroga („Kościół, lewica, dialog” zapewne należał do jego młodzieńczych lektur), a „Krytyka” wydała ciekawą reinterpretację pism św. Pawła autorstwa Alana Badiou i analizę współczesnej religijności autorstwa Kepela, to w licznych wywiadach Sierakowskiego dawanych z okazji urodzin pisma, słychać chęć do głębszego namysłu nad problematyką religijną – być może zaowocuje ona kolejnym intelektualnym fermentem także i na tym gruncie. Nie trzeba chyba pisać, że polska religijność takiego fermentu bardzo by potrzebowała, bo po raz ostatni wywołał go chyba zmarły dwanaście lat temu ks. Józef Tischner.

Chociaż zarzutów nad urodzinowym tortem można mnożyć dużo, to i tak pozostaje „Krytyka” przedsięwzięciem wyjątkowym, za sprawą chwalonego wyżej wydawnictwa, klubów „Krytyki” w różnych miejscach kraju (nawet mimo tego, że tylko kilka z nich działa aktywnie), za sprawą bogactwa programu „Nowego Wspaniałego Świata”, za sprawą kreatywnego ukazywania związków między polityką a sztuką. Większość innych czasopism intelektualnych nie może się poszczycić połową takich osiągnięć w ostatnim dziesięcioleciu, mimo odmłodzenia redakcji i graficznych liftingów. To już wystarczający powód, by „Krytykę” czytać, cenić i życzyć jej co najmniej kolejnych dziesięciu lat!
Trwa ładowanie komentarzy...