Sekretarz zamiast prezydenta?

Herman Van Rompuy
Herman Van Rompuy Guillaume Paumier / Wikimedia Commons, CC-by-3.0
Na początku kadencji trochę na wyrost mówiliśmy o nim: prezydent Unii Europejskiej. Dziś tytułujemy go raczej mianem przewodniczącego Rady Europejskiej. To chyba dobrze oddaje rzeczywistą rolę Hermana Van Rompuya w strukturze politycznej Europy. Jego praca została pozytywnie oceniona przez szefów państw UE, którzy wczoraj po raz drugi wybrali go na przewodniczącego Rady.

Prezydent Europy – to oczywiście od początku było zbyt wiele powiedziane. Po pierwsze, prezydent odpowiada w systemach politycznych za część władzy wykonawczej, a ta w ramach UE jest raczej w rękach Komisji Europejskiej. Po drugie, cała struktura Unii zależy ciągle w największym stopniu od przywódców poszczególnych krajów, którzy zgromadzeni są właśnie w Radzie Europejskiej. Przewodniczący raczej organizuje ich pracę, w najlepszym wypadku inspiruje działania, jest więc bardziej sekretarzem i doradcą niż faktycznym liderem. To zresztą dobrze oddaje skomplikowany sposób funkcjonowania Wspólnoty – powołano stanowisko, które teoretycznie Unię wzmacnia, ale aby nie naruszyło interesów największych państw narodowych, to jest ono wyraźnie osłabione – zarówno, jeśli chodzi o zakres kompetencji, jak i okres sprawowania urzędu. Przewodniczący może być wybrany na dwie dwuipółletnie kadencje, ma więc mniejsze szanse na rozwinięcie skrzydeł niż przewodniczący Komisji, którego kadencja jest dwukrotnie dłuższa i może być bez ograniczeń przedłużana.



Nie zmienia to jednak faktu, że Van Rompuy jest znakomitym urzędnikiem, który bardzo wiele robi dla zachowania stabilności politycznej w Europie. Często słyszy się, że koordynacja pracy szefów państw UE byłaby znacznie trudniejsza, gdyby przewodniczący zmieniali się co pół roku (tak było, zanim wszedł w życie Traktat Lizboński). Van Rompuy został też przez szefów państw dodatkowymi kompetencjami organizacji szczytów siedemnastu państw Grupy Euro, co pokazuje wiarę w jego umiejętności zarządzania kryzysowego. Swoje zdolności negocjacyjne (zdobyte zapewne w rozdartej na dwa narody Belgii) wykorzystał przy bardzo sprawnej negocjacji paktu fiskalnego.

Niezależnie od szacunku, jakim darzą go znawcy europejskiej materii, trudno nie odczuwać trochę żalu, że i tym razem Europa musiała pójść tylko kilka centymetrów naprzód, że nie stać nas było na odważniejszy krok i zamiast prezydenta, mamy sekretarza. Dobrze jednak, że jest to sekretarz znakomity.
Trwa ładowanie komentarzy...